w dżungli gdzie liany to przewody trakcyjne

Przepraszam za "skoczność". Napisanie dzisiejszego postu pozwoliło mi na (choć przez chwilę) zapomnienie o tonie nauki (na studiach rozpoczęła się sesja) i o zawiedzionej duszy, bo serce od kilku dni leży w lodówce. Po co? Żeby przypadkiem nie spleśniało. Nieużywane przestaje bić, a kto wie, może na dniach znów się przyda.


Kto lub co najbardziej psuje czy pogarsza Wasz poranny humor? Kierowca autobusu, który zamyka drzwi tuż przed nosem, kasjerka praktycznie rzucająca wydawaną resztą, przykrzy ludzie i jeszcze przykrzejsze ich spojrzenia czy fakt, że dziś wyglądamy właśnie tak jak najbardziej byśmy tego nie chcieli? Zespolenie tych czynników niejednokrotnie sprawiało, że zmieniałem plan dnia. Zamiast do szkoły jechałem do parku czy kawiarni. Nie powiem, były momenty kiedy faktycznie czułem się samotny wśród biegnących (Bóg wie gdzie) ludzi. Choć nie do końca. Zawsze towarzyszy mi notatnik. Gruby brulion, w którym pisząc nie zwracam uwagi na estetykę. Lubię obserwować zachowania ludzi. Ich złość, uśmiech, nieśmiałość czy smutek. Ciekawe czy aktorzy potrafią tak szczerze okazywać emocje jak zwykli przechodnie. Fotografie niżej zostały wykonane moim telefonem, który włącza i wyłącza się w zależności od humoru. Szkoda, że nie mojego.


Lubię ten widok. Powiślański park miejski (którego nazwy nie pamiętam) jest miejscem, do którego bardzo często wracam. Ilekroć razy wybieram się tam na spacer spotykam zakochanych, malarzy, muzyków czy całe rodziny spędzające wspólnie czas. Uważam, że jeśli Warszawa zamieniłaby się nazwą ze stolicą Francji to tytułowa postać filmu "Amelia" właśnie tam pogrążałaby się w marzeniach. Zapomniałem co miałem napisać.


Wszyscy piszą, że wraz z nadchodzącym, atmosferycznym latem przychodzi czas na zmiany. Czas wyborów, od których zależy dość szeroki fragment naszej przyszłości. Chronos pobija światowe rekordy w biegu na długie dystanse. Nie pamiętamy ostatnich dni, zapominamy, o której wstajemy i kładziemy się spać. Wykluczając alkohol jest to bardzo dziwne zjawisko. Powyższe zdjęcie to widok z okna na klatce schodowej. Obraz zieleni pomiędzy blokowiskami towarzyszy mi podczas czekania na windę.



Za rotundą (tym okrągłym budynkiem) znajduje się moja szkoła (którą zazwyczaj przesłania olbrzymia reklama). Zdjęcie jest o tyle wyjątkowe, że zostało zrobione pod wieczór, a na jezdni (przez kilka sekund) nie było żadnego środka transportu. Obecnie miasto przechodzi metamorfozę. Nagle wszystkie sklepy są do znudzenia patriotyczne - do kupienia flagi, kubki, długopisy, majtki, zapalniczki, szaliki, czapki czy okulary w kolory Rzeczpospolitej Polskiej. Ciekawe czy po Euro 2012 niesprzedany asortyment wyląduje w miejskich kontenerach.

idę po odkurzacz

Po nieco ponad kwadransie przemyśleń, czterech godzinach snu i mało stresującym dniu w szkole spotkałem się z moimi wspaniałymi - Kingą, Karo, Górką i Rooy'em. Od poniedziałku (bezskutecznie) staram się posprzątać pokój, którego ponad połowę wolnego miejsca zajmują kartony i niebieskie torby z IKEA. Oprócz tego, na jutro muszę oddać projekt z zarządzania, od rana czekają mnie niezaliczone wcześniej odpowiedzi z prawa, a także odrabiamy zajęcia z informatyki (nienawidzę tworzenia baz danych). Do tego wszystkiego dochodzi moja prokrastynacja (słownik podkreśla słowo - to chyba jakaś sugestia), a także chęć zakończenia czegoś co w rzeczywistości nie powinno mieć racji bytu. Pomarudziłem, dzięki.


Plejada TOP TEN, nowe mieszkanie i Noc Muzeów w Warszawie

Pomimo, że ostatnie dni były dwudziestoczterogodzinnymi melanżami to nie uważam ich za zmarnowane. Niesamowicie miło wspominam plebiscyt Plejada TOP TEN. Impreza na wysokim poziomie, czołówka polskich gwiazd (w tym moje ulubione, np. Anja Rubik, Ramona Rey czy Marina) i... Open bar! ;D Chcąc dorównać gościom imprezy, delikatnie wyśmiewając niektóre osoby aspirujące na "celebrytów", a także w formie pamiątki z wydarzenia postanowiłem również stanąć przy ściance sponsorskiej. Zawsze chciałem mieć takie zdjęcie. Ponadto żadna sława nie ma prywatnego paparazzo, który lustrzankę zastąpił iPhonem! ^^


Powinienem oddać się nocy i położyć spać żeby rano nie spóźnić się na uczelnię. Po około trzech tygodniach pomieszkiwania u mojej przyjaciółki Pauli Jacobiak, nadszedł moment przeprowadzki. Siła wyższa wyręczyła mnie w zwlekaniu z tą chwilą. Gdyby nie Damian, który przewiózł autem cały dorobek mojego dwudziestoletniego życia, prawdopodobnie spędziłbym około tydzień w komunikacji miejskiej żeby przetransportować wszystko do nowego miejsca zamieszkania. Dostrzegam zarówno plusy jak i minusy. Nareszcie mieszkam w centrum. Wszędzie blisko. Jeden z drapaczy chmur przesłania mi (oddalony o około 10 minut pieszo) Pałac Kultury i Nauki. Wcześniej mieszkałem na granicy Woli i Bemowa. Dojazdy do centrum trwały około 25 minut autobusem, ale w godzinach szczytu nawet godzinę. Tęsknię za dawnymi współlokatorami, którzy towarzyszyli mi podczas stawiania pierwszych kroków w stolicy. Mimo to czas przewrócić kartkę i zacząć zapisywanie (może niekoniecznie nowego rozdziału, ale) nowej strony. Jednak zanim to nastąpi muszę znaleźć odkurzacz i płyn do mycia okien. Siedzenie pomiędzy kartonami jest przytłaczające - już wiem co czuła Hania Mostowiak z "M jak Miłość". Mój widok z okna uwieczniony za dnia.


Wczorajsze wydarzenie noszące nazwę Noc Muzeów pokazało, że ludzie nie przestali interesować się kulturą. Szeroki wybór miejsc, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Atrakcje dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Łazienki Królewskie (w których byliśmy), muzea, instytuty czy galerie zapraszały do godziny 2:00 w nocy. Dodatkowym atutem eventu były specjalnie uruchomione na tę okazję autobusy pozwalające na bezpłatne przemieszczanie się po Warszawie. Żałuję, że nie poszedłem do Muzeum Archeologii, ale czas spędzony z bliskimi na PKP Powiśle i podczas koncertu na Placu Zabaw zredukował mój brak spełnienia się w roli odkrywcy mumii i interpretatora hieroglifów.




jak można nie znać Kate Nash

Dzisiaj chciałbym wziąć pod lupę i przedstawić Wam moją idolkę, angielską piosenkarkę i autorkę tekstów - Kate Nash. Od około dwóch lat z wypiekami na policzkach czytam jej bloga, "lubię" fan page na facebooku, a także subskrybuję kanał na youtube'ie. Poza tym internauci (których zaraziłem jej twórczością) przysyłają mi znalezione w sieci artykuły i ciekawostki dotyczące artystki. Ogólnie... Jestem na bieżąco. Śledzę jej karierę muzyczną i sytuację w życiu prywatnym. Nieświadomie zmienia mój nastrój. Wpływa na samopoczucie, na to w jaki sposób piszę, o czym myślę. Rządzi moją mimiką. Jej utwory towarzyszą mi w drodze do szkoły czy podczas zakupów. Za każdym razem mam dreszcze i często wydaje mi się, że słyszę je po raz pierwszy. Ciągły niedosyt. W ubiegłym roku (podczas Heineken Open'er Festival) dostąpiłem tego zaszczytu i poznałem ją osobiście. Uruchomiłem wszystkie możliwe kontakty by choć na chwilę spotkać się z nią i zamienić przynajmniej dwa słowa. Udało się. Byłem mile zaskoczony jej otwartością, gadatliwością i pogodą ducha. Emanowało od niej ciepło. Przez moment bałem się, że potrzebna będzie interwencja sanitariuszy, bo z wrażenia zrobiło mi się (duszno i) słabo. Na szczęście obeszło się bez omdlenia. Pamiętam każdy fragment spotkania. Powiedziałem jej na ucho: "You're the nicest thing I've seen". Dostałem buziaka w policzek.


Polskie strony internetowe poświęcone artystce są bardzo okrojone. Wiele kluczowych informacji zostało pominiętych. Mniemam, że jest to spowodowane brakiem zainteresowania jej twórczością ze strony naszych rodaków. Szkoda, bo teksty panny Kate są (życiowo) trafne, uniwersalne i różnorodne. W jej twórczości odnajdą się zarówno osoby lubiące miłosne ballady (The Nicest Thing), fani skocznego i szybko wpadającego w ucho popu (Foundations, Mouthwash, Kiss That Grrrl lub Do-Wah-Doo), a także rockmani (I Just Love You More). Każdy z utworów to inna historia. Nigdy nie zastanawiałem się, którą z jej piosenek zaliczam do ulubionych. Największy sentyment mam do We Get On - był to pierwszy utwór (jej twórczości), który usłyszałem. Na bojowy nastrój polecam niesamowicie skoczny Shit Song. Mój iPod uwielbia Kate... :P Dobrą przyprawą do podanego na krążku dania jest brytyjski akcent wokalistki zwany Cockney. Na facebooku funkcjonuje strona licząca prawie półtora tysiąca fanów "Singing Kate Nash's songs in my fake british accent"! :)


Jej przygoda z muzyką zaczęła się w dzieciństwie kiedy to zaczęła stawiać pierwsze kroki w grze na fortepianie w Sandbach School. Dodatkowo uczyła się gry na gitarze, a później studiowała Teatrologię na BRIT School for Performing Arts and Technology w południowym Londynie. Brała udział w przesłuchaniach do Bristol Old Vic Theatre School, ale jej starania zostały odrzucone. Któregoś dnia spadła ze schodów w wyniku czego złamała nogę. Powrót do zdrowia był dla niej dość trudny, nie mogła chodzić. Mama (Maria Walsh Nash) kupiła jej gitarę elektryczną. Zmotywowało to młodą Kate do dokończenia starych i napisania nowych utworów, które znalazły się na jej pierwszym, debiutanckim krążku "Made of Bricks" (2007).


Fotografia wyżej przedstawia Kate Nash, która uciekła ze sceny i wbiła się w tłum fanów. Jako, że stałem w pierwszym rzędzie i w miarę szybko wyjąłem aparat (analogowy) udało mi się uwiecznić moment! :) Obecnie z niecierpliwością czekam na czerwiec i liczę, że uda mi się polecieć do Wielkiej Brytanii na przynajmniej jeden z jej koncertów. Najbardziej kusi mnie fakt, że w takich miastach jak Edinburgh, Glasgow, Leeds, Liverpool czy Manchester zagra i zaśpiewa po raz pierwszy utwory promujące jej trzeci album! Nie chciałbym przegapić tak ważnego dla mnie wydarzenia, premiery. Osoby zainteresowane wyjazdem proszę o kontakt! :)

jaka jest Maja Sablewska i po co

Dzisiaj poznałem Maję Sablewską. Rektor Wyższej Szkoły Promocji (w której studiuję) zaaranżował debatę z menedżerką w auli na XII piętrze. Nasza rozmówczyni spóźniła się około 15 minut co dosyć zniesmaczyło wszystkich, którzy przybyli na wydarzenie. Mimo to brak punktualności nie zaważył na przebiegu spotkania. Na samym początku Maja poprosiła żeby nasza rozmowa była na luzie i obiecała odpowiedzieć na każde, zadane pytanie. Precyzyjna Dorota, Kuba jajcarz i dociekliwy (w sprawach modowo - blogowych) ja... Stworzyliśmy trio prowadzące.


Początek debaty był (przynajmniej dla mnie) trudny. Stresowałem się, obawiałem, że zadane pytanie może zostać odebrane jako banalne. Woda stała za daleko żeby po nią sięgnąć, dłonie mokre, cała sala wypełniona ludźmi i uczucie, że każde potknięcie zostanie zauważone. Ludzie mają w (brzydkim) zwyczaju doszukiwać się (i oczekiwać) błędów. Kontakt wzrokowy z Mają ułatwiał rozmowę. Odpowiadała wyczerpująco i ciekawie. Odczułem to w momencie gdy przestałem korzystać z kartki pomocniczej. Pytania wynikały z poprzednich odpowiedzi. Moglibyśmy tak w nieskończoność, ale publiczność także chciała pytać. "Kleiło się." :-)


Jednym z zadanych przeze mnie pytań było ile wyświetleń miesięcznie liczy jej blog (http://majasablewskablog.pl). Odpowiedziała, że nie wie i nigdy ją to nie interesowało. Strona powstała na potrzeby promocji marki RIMMEL. Przez brak uwagi dotyczącej statystyk miałem mieszane uczucia. Jako czytelnik poczułem się trochę zignorowany. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że oprócz zarobku (reklama RIMMEL), strona internetowa Mai to także sposób dotarcia do osób młodych, które mają pasje i marzenia. Powiedziałem jej, że jest motywacją wielu Polaków, a także przykładem godnej uwagi metamorfozy (od "Maja podaj torbę" po piękną i stylową businesswoman).


Medialna postać z wysoko rozwiniętą inteligencją emocjonalną. Robiła wrażenie osoby przygotowanej na każde pytanie. Jej uśmiech wydawał się być szczery. Mam w głowie przebieg całej debaty, pamiętam odpowiedź na każde, postawione pytanie. "Podczas wyboru artysty, menedżer musi się kierować intuicją."


Nie wiem ile ze spotkania wynieśli moi rówieśnicy, ale ja zmieniłem postrzeganie zarówno zawodu managera lub doradcy wizerunkowego jak i samej Mai Sablewskiej (jako osobowości telewizyjnej). Znajomi, którzy mieli z nią styczność, np. podczas eliminacji do X - Factor, nie mówili o niej w superlatywach. Na podstawie ich komentarzy wyrobiłem sobie o niej opinię. Niepotrzebnie.


Przewinął się temat Dody, Edyty Górniak i Mariny Łuczenko. Maja w żaden sposób nie okazywała złości czy nienawiści do swoich byłych podopiecznych. Moim zdaniem (niezależnie od nieznanych nam, innych przyczyn konfliktu) w przypadku zarówno Dody jak i Sablewskiej obie strony wyniosły korzyści. Pasja pasją, zawód zawodem, ale rachunki same się nie zapłacą. Ich współpraca z pewnością należała do owocnych.


Kiedy spotkanie dobiegło końca, a publiczność opuściła salę, organizatorzy, osoby z samorządu i my (trio prowadzących) porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę z Mają. Powiedziałem jej, że także prowadzę bloga. Odpowiedziała, że domyślała się przez pryzmat zadawanych jej przeze mnie pytań. Spytała także o kolor moich oczu! ^^ Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań i każdy poszedł w swoją stronę. Z uśmiechem na twarzy wróciłem do domu. Od października Maja Sablewska planuje uczyć w mojej szkole. Myślę, że będzie to ciekawe doświadczenie biorąc pod uwagę, że w dziedzinie managementu jest moim autorytetem. Nie mogę się doczekać.

kac - co to znaczy?

Oczekiwanie na weekend zaczyna się z każdą niedzielą wieczór. Poniedziałek to chyba najbardziej znienawidzony przez wszystkich dzień tygodnia. Niezależnie od wieku, "zmęczeni" weekendem, niechętnie wykazujemy zapał do pracy. Ten tydzień był inny. Uroczystość celebrowania piątku (jakkolwiek to zabrzmi) wypadła z wtorku na środę. Powrót Wojtka z USA i spontaniczna posiadówka we troje. Zupełnie jak kiedyś!


Na fotografii wyżej Wojtek mówi coś Pauli na ucho podczas gdy ta śpiewa. Prawdopodobnie jest to Koko Euro Spoko (i / lub) jakiś bałkański utwór, a w najlepszym wypadku The Kills. Siebie nie skomentuję, wyglądam jak wklejony grzyb z gry Mario Bros.


Wojtek & Paula. Około 5:00 nad ranem przypomniałem sobie o pracy domowej na zajęcia z Negocjacji. Limit dozwolonych nieobecności miałem już dawno wyczerpany, a budzik miał zadzwonić za niecałe 3 godziny. Postanowiliśmy wcale nie iść spać. Po skończeniu zadania domowego (scenariusz negocjacyjny dwóch firm) wskoczyłem pod prysznic, przebrałem się i pojechałem na uczelnię. Organizm odmawiał posłuszeństwa, a oczy mimowolnie zamykały. Nie mogłem się skupić. Na Badaniach Rynku nauczyciel zwrócił mi dwa razy uwagę żebym nie spał. Mimo to warto było przyjść, "pokazać się na żywo" i zdobyć jakieś punkty.


Zdjęcie wyżej zrobiła (siedząca obok mnie podczas zajęć) Sylwia. Pozytywnym myśleniem pokonałem ból głowy i towarzyszące temu lenistwo. Po szkole pojechaliśmy coś zjeść. Wypadło na Marywilską 44. Przez ostanie dni stołuję się w miejscach serwujących kuchnią orientalną. Zaczynając od sushi na zupach Vifon kończąc! :-) W hali targowej Marywilska 44 jedzenie jest niedrogie, a (w odróżnieniu od innych) miejsce ma w 100 % prawdziwy klimat. W dodatku pracownicy (Azjaci) poruszają się po całym obiekcie na hulajnogach!


Zdaję sobie sprawę, że zdjęcie wyżej nie wygląda zbyt zachęcająco, ale urok miejsca trzeba poczuć na własnej skórze. Białołęka jest dość daleko od centrum Warszawy, ale warto tam pojechać chociażby po szalik w kratkę Burberry za 10 zł lub pasek Kleina za 20. Ja skusiłem się tylko i wyłącznie na jedzenie! :P


Powrót zdawał się przeciągać w nieskończoność. Po dotarciu do tymczasowego miejsca zamieszkania (Stokłosy) postanowiłem wraz z Paulą posprzątać całe mieszkanie. Ulga i uczucie satysfakcji utwierdziły nas w przekonaniu, że jesteśmy nieco ponad negatywnym emocjom wysyłanym w naszą stronę. Około 19:00 włączyłem komputer, a o 23:00 obudziłem się leżąc na klawiaturze. To była intensywna doba! :-)

promise

Ostatnio napisałem kilka dobrych postów, ale po korekcie tekstu pozostawało puste pole. Dalece idący do wątroby niesmak zabijałem jagodowym jogurtem. Podobno jagody leczą wzrok. Może kiedyś zacznę dostrzegać zdecydowanie więcej i nie po czasie. Mijający tydzień był naprawdę trudny. Smutki, kłótnie, jeszcze raz smutki i wiele innych czynników chciały uczynić mnie garbatym. Nie poddałem się i nie zamierzam.


Przeprowadzka okazała się trudniejsza niż myślałem. Pakowanie wszystkich rzeczy w kartony zajęło mi praktycznie cały dzień. Podziękowania dla Jamie'go za transport i mobilizację - gdyby nie on, przewiezienie wszystkich klamotów zajęłoby mi około 3 dni. Widok pustego pokoju był trochę przytłaczający. To w tym mieszkaniu zacząłem stawiać pierwsze, samodzielne kroki. Zostawiłem tam wiele miłych wspomnień. Wahałem się czy aby na pewno tam nie wrócić, ale czas iść do przodu.


Obecnie mieszkam z moją przyjaciółką Paulą i Stasiem na Ursynowie. Jestem im bardzo wdzięczny za gościnę choć wiem, że jak najszybciej muszę znaleźć coś swojego. Wyprowadzka uzmysłowiła mi jak wiele muszę znaczyć dla niektórych ludzi. Nawet dla znajomych, z którymi mam niezbyt częsty kontakt. Zostałem otoczony poczuciem bezpieczeństwa, bez obaw, że kilka najbliższych nocy spędzę na Dworcu Centralnym.


Majówkę planowałem spędzić w Olsztynie (u bliźniaków), a stamtąd pojechać do Bydgoszczy na dawno planowane sesje zdjęciowe. Stety / niestety plany się pokrzyżowały i do końca tygodnia zostaję w Warszawie. Nie narzekam na brak wrażeń, bo zarówno Ci bliscy jak i dalsi nie pozwalają mi na ani sekundę ziewania. Ewentualnie spania w autobusie podczas powrotu z imprezy! :)