co słychać, Rafał?

Kiedy w 2011 roku przyjechałem do Warszawy, wierząc w fałsz legend o tym miejscu, obiecałem sobie nie opuszczać lewej strony Wisły. Po dwóch latach (z niewielkimi przerwami) mieszkania w centrum, postanowiłem pozwolić odpocząć swojemu organizmowi na nieco spokojniejszych, a zdecydowanie bardziej zielonych terenach. Od miesiąca i kilku dni mieszkam na czarującej Pradze Południe, która z każdym dniem staje się (choć coraz bardziej daleka od bliskich to) coraz piękniejsza.


Ilość potknięć jest wprost dysproporcjonalna do postawionych przez ostatnie tygodnie kroków. Nie żałuję ani jednego zadrapania na kolanie, spoliczkowania czy (przysłowiowego) liczenia much na suficie. Dopóki nikogo nie krzywdzę, mam prawo robić to co chcę. Definicja wolności zmienia znaczenie wraz z miejscami, wydarzeniami czy z ludźmi, z którymi się przebywa. Tak - teraz też jestem wolny, ale działam zdecydowanie szybciej ;)


Wiem co napisać, prawdopodobnie pierwszy raz od wielu miesięcy, ale nie wiem od czego zacząć. Podobną trudność sprawia mi rozpakowanie walizek. Dzisiejszy post będzie swojego rodzaju nieoficjalnym oświadczeniem mojego, leżącego po udanej operacji serca. Obiecałem nie uzewnętrzniać się publicznie, bo prywatność jest dla mnie bardzo ważna. Po chwili krótkiego przemyślenia oraz kilku rozmów, przypomniałem sobie słowa znajomych oraz osób mi nieznanych, że bardzo często odnajdują w tych przemyśleniach samych siebie. Nie wiem, ja bym tam chciał żeby ktoś napisał notkę, w której odnajdę kawałek siebie.


Kilka słów do tematu, którego nie chciałem poruszać. Obiecuję więcej do tego publicznie nie wracać. Jeszcze do niedawna, żyjąc tematem niepewnego uczucia... A tak naprawdę nie żyjąc, bo cóż to za egzystencja w wiecznym poczuciu wmówionej winy, masy docinek czy strachu przed spotkaniem. Czekanie no to, gdy znów opowie o wczorajszej imprezie. Bliscy, słusznie znużeni wielotygodniowym tematem, wytłumaczyli mi wiele spraw, których moje oczy nigdy przedtem nie dostrzegały, a mózg nie rejestrował. Podobno w ogólnie przyjętej definicji, nazywane jest to wyidealizowaniem. To taka choroba, w której trwa się w nieświadomości. Każdy dzień był coraz bardziej absurdalny. Coraz częściej padał deszcz, a szarość chmur zakrywała niebo. Mnogość przykrości, natłoku (potwierdzonych) złych informacji czy widok samodestrukcji osoby, której oddałem serce sprawiło, że mój próg bólu został przekroczony. Skutkowało to odczuwaniem: niczego. Jeśli każda sytuacja przynosi też dobre strony, jakie są tutaj? Napisałem przeszło 200 wierszy, które być może pozwolą na członkostwo w pewnym stowarzyszeniu, a którymi za jakiś czas się z Wami podzielę.



Jeśli samotność wybierze sobie właśnie mnie za najlepszego przyjaciela - muszę być bogaty, codziennie będę jadał w najlepszych restauracjach. Nie wyobrażam sobie do końca życia gotować tylko dla samego siebie. Chociaż z drugiej strony, jeśli będę bogaty - nie będę samotny. Nigdy nie zrozumiem tych zawiłości. Słyszę dźwięki, których potrzebuję.


Przez pewną sytuację (za której opanowanie dziękuję), pobieżnie związaną z wyżej wspomnianym tematem, rozwinęło się we mnie bardzo silne poczucie empatii. Szukam stosownego przykładu, ale najprostsze słowa najtrudniej wyrazić... Wolę oddać ostatni posiłek, np. nocą kiedy wszystkie sklepy są zamknięte, nie mając więcej jedzenia w lodówce, drugiej osobie. Ponieważ jej nasycenie, sprawia, że również nie jestem już głodny. Adnotacja, 16:17 - wstawiłem wodę na makaron - wyszło słońce.