o Halloween z kuzynem rączką (i długopisem) + nowa melorecytacja (z przewagą na melo)

Jakiś czas temu, a dokładnie 31 października tego roku, opisałem jak spędziłem Halloween w domu. Obszerniej niż na facebookowe standardy posta, ze skacowanymi czarownicami i wilkołakami z grona znajomych, podzieliłem się wieczorem w pojedynkę (tak, tak - z wyboru). Przepraszam za nieświeżość tematu i sporą obsuwę, ale wiecie - nie znam się na czasie (facebook - klik) :) Subiektywnymi oczyma:



Karłowaci (nie przez chorobę, a wiek) ludzie, nie zapomnieli o naszym mieszkaniu. Ponieważ nie mieliśmy żadnych słodyczy, a na psikusy zabrakło odwagi, postanowiliśmy nie otwierać. Spojrzałem przez wizjer. Czarownicy, zombiakowi z dynią (byli podobni, może rodzeństwo syjamskie), Hannie Montanie z kosą, dwóm kondomom z prześcieradeł (to faktycznie było przerażające) czy wampirowi bez mleczaków, tym razem, udało się przestraszyć tylko klamkę. Chociaż nie, bo i tej nie mamy. (Dygresja: Miała charakterystyczny kształt i była dość cienka. Ktoś anonimowy pożyczył kiedyś bez pytania i do dzisiaj nie oddał. Pewnie potrzebował słomki, a przez niezaspokojone pragnienie, ciągle przez nią pije, czy coś. Może odda.)


Poszedłem do sklepu. Chciałem żeby kolejne legiony pogańskich dzieci, żyjące w nietolerancyjnym kraju Katoli, opuszczały nasze skromne progi wraz z uśmiechem i robakami w zębach. Broń Boże (choć Ty tu nie pomożesz, bo jesteś na wakacjach) - nie życzę im źle! Wręcz namawiam do mycia i okresowych kontroli uzębienia. Pisząc o "robakach", miałem na myśli żelki w kształcie glist i innych "apetyczności", nieważne. Wychodząc z marketu, z siatkami niekoniecznie pełnowartościowych kalorii, czułem się jak młody Harry Potter, podczas pierwszej podróży do Hogwartu. Kto oglądał / czytał, ten wie, co mam na myśli.



Wychodząc ze sklepu byłem świadkiem niecodziennej sytuacji. Mali Sataniści podeszli do łysego chłopaka w "szelestach" (nie wierzę, że nie miał kalesonów) i zagrozili: "Cukierek albo psikus". Na co ten, z brakiem koordynacji ruchowej i równą nerwowością, odpowiedział: "Na te co ja mam, jesteście jeszcze za mali. Spadać." Nie miałem pojęcia co chciał przez to powiedzieć. Zaintrygował mnie. Przez chwilę chciałem podejść i zapytać, czy sam spełniam wymogi wiekowe, żeby dostać od niego cukierka. Koniec końców, postanowiłem nie ryzykować i na krótkim odcinku do domu, rozpocząłem degustację swoich słodyczy.


Od tamtej pory, kiedy zastraszono nas po raz pierwszy, żadne karłowate kościotrupy, mumie i gwiazdy betlejemskie nie nawiedziły naszego mieszkania ponownie. Nikt, nawet Jehowi z nowymi gazetkami (w których inspiracją są dla mnie ilustracje). Jest 31.10.2014, w czerni (jak co dzień), siedzę na sofie z komputerem na kolanach - nigdzie dzisiaj nie tańczę. Składam wiersze do kupy i wciągam tę tonę słodyczy. Kot jest szczęśliwy, bo myśli, że nie widzę jak się skrada po kolejne wiórki czekolady, które spadają na podłogę. Za kwadrans wybije północ, będzie 1.11.2014. Nie mówię, że nigdzie dzisiaj nie będę tańczył. Kończę pić Jacusia Daniela i jestem otwarty na propozycję. Możemy się kochać.



UWAGA! ZANIM DOSTANĘ LAWINĘ UNDERGROUNDOWYCH UWAG - to nie RAP. Prędzej [...] MELORECYTACJA... Między bitem, a słowami, celowo zabrakło synchronizacji - to nie cover, a element ćwiczeń / poznawania własnego głosu :) Moje gadanie nie zostało w żaden sposób przyspieszone (melodia - owszem). W wysokość głosu również nie ingerowałem :) Nagranie publiczne, do późniejszych celów porównawczych / tytuł oraz tagi "dla fejmu" kanału. Uff, koniec niepotrzebnej spowiedzi :) Z czystym sumieniem oraz wewnętrznym spokojem, podsyłam te 46 sekund swojego rosyjskiego akcentu:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz