nie do mnie maj

Jest 12 maja 2015. Siedzę na balkonie, piję Mountaindew, słucham Susanne Sundfør – „Delirious” (dla bliskości, zachęcam włączyć tę piosenkę - teraz - jako tło muzyczne do treści) i jestem szczęśliwy. Jestem wolny. Jestem dumny ze swojej twórczości. Jestem dobry. Jest najlepiej.


Czasem bywają dni jak ten. Masz pomysł na kolejne wiersze czy sceny powieści. Nie brak inspiracji, natchnienia, weny – jak zwał tak zwał. Nie masz żadnych spraw do załatwienia (choć te „na wczoraj” i tak się zawsze znajdą). Czasem bywają dni jak ten, kiedy odczuwasz taki wewnętrzny chillout. Spokój. Mógłbyś coś napisać, ale najzwyklej w świecie ci się nie chce. Nie wynika to z lenistwa czy braku motywacji, samozaparcia i innych takich. Nie jest to uwarunkowane żadnym z czynników, które wymieniają kolorowe pisma psychologiczne z Empiku. Nie jest to także uwarunkowane żadnym z czynników, które zapewne wywnioskowałaby pani psycholog.


Przychodzi taki moment (prędzej lub u niektórych później) w życiu, kiedy zaczynasz podejmować w pełni świadome decyzje. Następuje to wraz z chwilą, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że ludzie są, a potem ich nie ma. Kiedy zostajesz sam, ale tak naprawdę sam – nie tylko w poczuciu, odczuciach etc. Kiedy jest się skazanym na samego siebie, nieważne dlaczego i co było przyczyną. Zaczynają pojawiać się w głowie najróżniejsze myśli. Na początku absurdalne, co do których pewność mamy niepodważalną. Potem jednak, z perspektywy czasu, ulegają zmianie. Jak my (w samotności właśnie) sami. Nikomu nie można tego życzyć, bo: prostym żyje się prościej; nie każdy wychodzi z samotności bez szwanku.


Jednak z perspektywy tych 10 miesięcy (o borze, kiedy to minęło?!) jestem wielkim szczęściarzem. Naprawdę. Wypadek i silny uraz klatki piersiowej (serca, no, serca) sprawił, że dojrzałem. Przynajmniej teraz tak uważam. Jakkolwiek banalnie i pseudo-dorośle to brzmi. Skąd to wiem? Ano stąd, że ODUCZYŁEM SIĘ LUDZI.


Słuchania tego, co wiedzą „lepiej” o mnie samym, ignorowania ich domysłów, głuchym telefonem przekazywanych. Udowadniania przed nimi jak wspaniałym jestem człowiekiem i tłumaczeń czym się obecnie zajmuję. No… Nie. Nie potrzebuję ich wsparcia. Kiwają „tak”, a kiedy idę do sklepu, po fajki dla nich, kręcą nosem, przewracają oczami, pukają wskazującym po czole. Zmieniają ruch głowy z samochodowych piesków na widownię turnieju w tenisa. Machają głową jak podczas czytania, poziomo.


Czasem bywają dni jak ten. Wiem czym jest wolność. Wolność w odczuciu mnie samego. Nie narzekam na wagę, dużą wadę wzroku. Nie jest mi przykro, że nie mam nikogo. Ani bliskiego ani do związku ani do czego innego. Obok. Jest 12 maja 2015. Polska kopie się po dupach o prezydenturę, znajomi narzekają na kasę, pogodę, niezaspokojoną ochotę na seks. Wrzucając zdjęcia z siłowni i restauracji, zaprzeczają przysłowiu, że „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Słowem. Fotografie jedzenia ze śniadań, obiadów i kolacji, gluten free, eko, pro zdrówko. Na zdrowie im :) Niech o moje się nie martwią. Już nie muszą. Choć i tak, jeśli, na słowach samych się skończy. Bo czas od 20:00 tylko mają. W weekendy oczywiście. Lub kiedy czegoś ode mnie potrzebują. To wtedy.



Jest 12 maja 2015. Siedzę na balkonie, piję Mountaindew, słucham Susanne Sundfør – „Delirious” i jestem szczęśliwy. Jestem wolny. Jestem dumny ze swojej twórczości. Jestem dobry. Jest najlepiej. Oczywiście, zawsze może być lepiej, ale co z tego? Jeżeli zawsze może być lepiej, można by tak powtarzać w nieskończoność, nigdy nie będąc w pełni szczęśliwym. Będę totalnie nieskromny i chwalipiętą, ale i powód jest spory – jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Pewnie w przyszłości, jeszcze nie raz, pomyślę inaczej. Jednak dzisiaj jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Każdemu też, z całego serca, tego życzę. Nie oczekuj, nie narzekaj. „Nie domniemaj”. „Nie szczekaj”. Rób co uważasz, szczęście samo wtedy przyjdzie. Nie rezygnuj z marzeń w oparciu o opinię innych – ich kiedyś nie będzie.